„To nie tak, jak myślisz, kotku”,
czyli o co chodzi z pozycjami w psychoanalizie.
8/10/20269 min read
Skojarzenia bywają przekleństwem. Widzisz hasło „pozycja”, widzisz pikantną grafikę i Twój umysł od razu szybuje w stronę alkowy. Zostajesz z obietnicą czegoś ekscytującego, po czym słyszysz frazę: pozycja paranoidalno-schizoidalna.
Zanim ziewniesz albo uznasz, że to podręcznikowy bełkot dla psychiatrów, zwolnij na chwilę. „To nie tak, jak myślisz, kotku”, serio!
W języku psychoanalizy stworzonym przez słynną brytyjską analityczkę Melanie Klein „pozycja” nie oznacza pozycji seksualnej. Nie ma też nic wspólnego z paranoją, schizofrenią czy depresją w znaczeniu klinicznym, w sensie jednostek chorobowych rodem z klasyfikacji ICD czy DSM, gdzie zachodzi potrzeba leczenia psychiatrycznego.
„Pozycja” to po prostu określony tryb pracy naszego umysłu. To sposób, w jaki przetwarzamy rzeczywistość i adaptujemy się do tego, co nas w życiu spotyka – zwłaszcza gdy robi się trudno.
Świat w skrajnościach +100/-100, czyli Pozycja Paranoidalno-Schizoidalna
Zaczynamy od początku naszego życia. Niemowlę nie rodzi się z gotowym, dojrzałym aparatem psychicznym. Jego świat jest chaotyczny, pełen potężnych, nieznanych bodźców. Aby w tym chaosie nie zwariować i przeżyć, umysł dziecka stosuje genialny w swojej prostocie mechanizm obronny: rozszczepienie.
Niemowlę dzieli świat na dwie całkowicie osobne krainy:
Świat Idealnie Dobry (+100): Gdy pierś daje ciepłe mleko, mama przytula, jest miękko i bezpiecznie. To jest „Dobra Pierś” / „Dobra Mama”.
Świat Absolutnie Zły (-100): Gdy brzuszek boli, pierś nie nadchodzi na czas, jest zimno i strasznie. To jest „Zła Pierś” / „Zła Mama”, którą dziecko ma ochotę w swojej niemowlęcej wściekłości rozszarpać i zniszczyć.
Żeby to lepiej zrozumieć, pomyśl, co robi niemowlę w pierwszych miesiącach życia, za każdym razem, gdy pojawia się frustracja, brzuszek boli, spanie nie nadchodzi, jest za zimno, a mleko spóźnia się choćby o minutę? Wrzeszczy – i to jak! Wrzask głodnego niemowlęcia dopinguje do działania skuteczniej niż rozkaz generała!
Myśląc o tym psychoanalitycznie wiemy, że ta sytuacja ma oczywiście związek z koniecznością przetrwania. Ego niemowlęcia jest niesłychanie kruche i ma zerową tolerancję na napięcie. Dziecko nosi w sobie pierwotny lęk przed unicestwieniem oraz surowy, ewolucyjny pęd do agresji (nie chodzi o przemoc, tylko o tę zdrową energię do działania). Gdy czuje głód lub ból, w jego ciele i umyśle wzbiera paląca, niszczycielska wściekłość. Gdyby ta furia została w środku, z perspektywy niemowlęcia rozerwałaby jego własną psychikę na kawałki. Żeby przeżyć i ochronić siebie, dziecko musi ten niebezpieczny afekt z siebie wyrzucić na zewnątrz.
W jaki sposób? Za pomocą projekcji. Maluch w swoich nieświadomych fantazmatach „wypluwa” całą swoją nienawiść, chęć gryzienia, rozrywania i zniszczenia na zewnętrzny obiekt – czyli na pierś/matkę. I tu dochodzi do genialnego, ale i przerażającego zwrotu akcji: pierś, na którą dziecko właśnie wyemitowało swoją furię, w jego umyśle staje się groźna i nienawistna. Dziecko nie myśli: „Jestem wściekły na mamę”. Dziecko czuje: „Ta pierś jest wściekła na mnie, jest zła, zatruta i chce mnie zniszczyć!”. Własna agresja wraca do dziecka rykoszetem w postaci lęku przed prześladowaniem (stąd właśnie człon paranoidalny). Dziecko boi się ataku ze strony obiektu, który samo wcześniej zainfekowało swoją furią.
W pozycji paranoidalno-schizoidalnej nie ma odcieni szarości. Nie ma stanu pośredniego. Dobra mama i zła mama to dla niemowlęcia dwie zupełnie inne postacie! Czemu „paranoidalno”? Bo dziecko boi się, że ta „zła pierś” (na którą przed chwilą projektowało całą swoją furię) wróci i je zniszczy. Czemu „schizoidalna”? Bo opiera się na rozszczepieniu świata i własnego „ja” na dwa nie połączone ze sobą bieguny.
Ideał sięgnął bruku, czyli Pozycja Depresyjna
Około 4–6 miesiąca życia w głowie niemowlęcia zaczyna dziać się coś przełomowego. Aparat poznawczy dojrzewa i maluch dokonuje szokującego odkrycia: ta zła mama, która spóźniła się z karmieniem, i ta dobra mama, która przed chwilą go tuliła... to jest JEDNA I TA SAMA OSOBA!
To jest moment osiągnięcia pozycji depresyjnej.
Dlaczego „depresyjnej”? Trochę być może dlatego, że odkryciu temu towarzyszy trudny, dojmujący smutek, poczucie winy oraz swoisty dla depresji stan poddania się, tu mający formę zaprzestania bezsensownej walki z rzeczywistością. Dziecko (a w dorosłym życiu każdy z nas) orientuje się: „O rany, gnębiłem i nienawidziłem tę samą mamę, którą tak bardzo kocham!”. Pojawia się przemożna potrzeba naprawy - zadośćuczynienia krzywdy, powrotu do dobrej relacji. Ten stan jest prodromalny dla takich emocji i postaw jak poczucie winy, skrucha czy przebaczenie.
To jest ten moment, kiedy wreszcie przestajemy kopać się z koniem i iść w zaparte, że stwór przed nami to albo demoniczny, celtycki March Malaen z koszmarów, albo bajkowy, tęczowy jednorożec. W pozycji depresyjnej po prostu kapitulujemy i przyjmujemy do wiadomości, że to po prostu... koń. A koń, jaki jest, każdy widzi – ma swoje zalety i wady, mocne i słabe strony, gorsze i lepsze dni.
To również ten moment, w którym ideał sięga bruku. Dziecko dowiaduje się, że dobro na tym świecie nie jest nieskalane, a zło nie jest jednoznacznie czarne. Przekonuje się w bardzo młodym wieku, że nikt – ani ono samo, ani jego opiekunowie – nie jest idealny. A zatem poddaje się, rezygnując z chciwej fantazji o kimś lub czymś idealnym, cudownym i wyłącznie najlepszym.
I to jest gigantyczna wygrana rozwojowa! Dzięki osiągnięciu pozycji depresyjnej jako dorośli nie musimy oczekiwać doskonałości ani od siebie, ani od świata. Zyskujemy na tym niesamowitą ulgę. Bo w nagrodę za porzucenie nierealistycznego ideału przestaje nas wreszcie dręczyć paraliżujący lęk przed czymś/kimś jednoznacznie złym, diabolicznym czy niszczycielskim. Świat przestaje być krainą potworów i aniołów, a staje się po prostu ludzki. Gdy niszczymy, możemy oczekiwać przebaczenia - i je uzyskać. Gdy ktoś wobec nas zawini - możemy mu przebaczyć. Gdy coś pójdzie nie tak w relacji, wiemy, że mamy tę moc, by to uzdrowić własnymi staraniami. To wszystko jest możliwe dzięki osiągnięciu pozycji depresyjnej.
Diabelski młyn w umyśle, czyli brak pozycji depresyjnej
Jeśli rozwój przebiega prawidłowo, uczymy się tolerować te „odcienie szarości” (sławetne 50 shades of grey). Zgadzamy się na to, że partner ma wady, praca bywa frustrująca, a my sami miewamy gorsze dni i popełniamy błędy.
Są jednak sytuacje, gdy w dzieciństwie ktoś nie miał warunków, by osiągnąć pozycję depresyjną. Jakie to sytuacje?
Gdy dorośli nie są w stanie pomieścić emocji dziecka: Jeśli rodzice/ główni opiekunowie nie potrafią pomieścić (czyli tolerować, znieść, stawić czoła w dojrzały sposób) niemowlęcej złości i lęku, ale np. reagują na te emocje przerażeniem, wściekłością lub wycofaniem, dziecko dostaje komunikat, że jego „złe” (aka ‘negatywne’) emocje naprawdę mogą zniszczyć świat.
Przewaga frustracji nad gratyfikacją: Gdy złych, trudnych doświadczeń we wczesnym dzieciństwie było obiektywnie zbyt dużo w stosunku do bezpiecznych i kojących momentów.
Trauma i zaniedbanie: Wczesne doświadczenia przemocy lub braku dostrojenia emocjonalnego przez rodziców/ głównych opiekunów, utwierdzają umysł w przekonaniu, że świat jest bezwzględnie niebezpieczny (paranoidalny), a dorośli niekoniecznie gwarantują trwałość czy bezpieczeństwo w tym zakresie, więc trzeba mocno pilnować kto jest „z nami” a kto „przeciw nam”. Należy zauważyć, że nie mówię tutaj o chwilowych potknięciach rodzicielskich w idealnym dostrojeniu emocjonalnym do dziecka, ale o ich długotrwałej/ stałej/ regularnej niemożności dostrojenia oraz zrozumienia (zmentalizowania) afektów dziecka. W tę kategorię będą się również wpisywać skrajnie odmienne reakcje tego samego rodzica na ten sam afekt dziecka w różnych sytuacjach – np. raz na płacz mama reaguje troską, bierze niemowlę na ręce, przytula, kołysze; innym razem – krzyczy z drugiego pokoju „zamknij się głupi bachorze, marnujesz mi życie!”, a jeszcze innym – po prostu nadal leży w łóżku w trybie ‘warzywa’ niewzruszonego czymkolwiek, co się wokół dzieje.
Taka osoba zostaje uwięziona na diabelskim młynie pozycji paranoidalno-schizoidalnej. Jej umysł działa w trybie zero-jedynkowym:
Dzisiaj jesteś bogiem i ideałem (+100): Kocha Cię, nosi na rękach, idealizuje.
Jutro jesteś potworem i zbrodniarzem (-100): Wystarczy jeden błąd, by wdeptał Cię w ziemię, odrzucił i potępił w czambuł.
Taki rollercoaster oznacza, że każda emocja jest skrajna. Nie ma stanów średnich. Pomiędzy bóstwem a śmieciem nie ma NIC. Życie w takim trybie jest potwornie wyczerpujące – zarówno dla tej osoby, jak i dla całego jej otoczenia. To ciągła huśtawka od chwilowego, maniakalnego triumfu do bezdennego rozczarowania sobą i bliźnimi.
Życie to oscylacja, czyli „uwaga, regresja!”
Zdrowy psychicznie człowiek nigdy nie jest „wmurowany” w pozycji depresyjnej na stałe. Życie to ruch i stała oscylacja – tak jak ciągła krzywa na wykresie EKG czy EEG. Linia prosta oznacza brak życia.
Dojrzałość emocjonalna nie polega na tym, że po osiągnięciu pozycji depresyjnej, już nigdy nie rozszczepimy świata na czarne i białe. Polega na tym, że nawet jeśli coś nas z tej pozycji depresyjnej wybije, potrafimy do niej wracać, gdy emocje opadną.
A zatem nieuniknione są przypadki regresji do pozycji paranoidalno-schizoidalnej. Dzieje się tak zawsze wtedy, gdy przechodzimy przez trudny czas, gdy żyjemy w długotrwałym stresie albo gdy dotyka nas życiowy kryzys:
Choroba nasza lub kogoś bliskiego,
Śmierć w rodzinie,
Utrata pracy,
Rozstanie lub rozwód,
Ciąża i połóg,
Syndrom pustego gniazda,
Menopauza.
Świetnie widać to na małych dzieciach. Gdy trzylatek idzie do żłobka albo rodzi mu się rodzeństwo, nagle znów zaczyna moczyć się w nocy lub wymaga smoczka. To klasyczna regresja rozwojowa w odpowiedzi na stres. U dorosłych wygląda to dokładnie tak samo, tylko narzędzia są inne.
Spójrzmy na przykład. Kobieta w zaawansowanej ciąży – na co dzień dojrzała, stabilna, świetnie tolerująca ambiwalencję i widząca odcienie szarości. Nagle jej mąż zapomina wynieść śmieci.
W normalnych warunkach pomyślałaby: „Dobra, zakręcony jest, przypomnę mu albo sama wyniosę, wczoraj przecież sam zaproponował, żebyśmy zatrudnili sprzątaczkę, bo dba o moje zdrowie w ciąży”.
Teraz jednak jej ciało i umysł są poddane potężnej rewolucji hormonalnej i emocjonalnej. Rozwojowo zatem ta, skądinąd dojrzała emocjonalnie, kobieta cofa się do pozycji paranoidalno-schizoidalnej. W tej sytuacji, w reakcji na ten błąd męża wpada w rozpacz, zalewa się łzami i w pięć sekund układa w głowie scenariusz rozwodu i samotnego macierzyństwa. Widzi męża wyłącznie jako skrajnie złego, olewającego potwora (-100). Cała historia jego troski, miłości i odpowiedzialności zostaje w tym momencie całkowicie wykasowana.
Czy to znaczy, że ona jest „zaburzona”? Nie! To po prostu chwilowa regresja pod wpływem przeciążenia aparatu psychicznego. Gdy emocje opadną, jej umysł powróci do pozycji depresyjnej, integrując obraz męża jako kogoś, kto kocha i dba, ale po prostu zapomniał o śmieciach.
Podsumowanie, czyli „a jaka jest Twoja ulubiona pozycja?”
Pamiętajmy: nie jesteśmy robotami zaprogramowanymi na stałe. Każdy z nas – bez względu na wiek, płeć, wykształcenie czy status – nosi w swoim umyśle dostęp do obydwu tych trybów.
Ale co w sytuacji, gdy czujesz, że chyba odsiadujesz wyrok dożywocia w tym mało wesołym miasteczku czarno-białych skrajności? Czy dorosły człowiek, który w dzieciństwie nie miał warunków, by ugruntować się w pozycji depresyjnej, jest skazany na wieczną huśtawkę idealizacji i dewaluacji?
Nie. Osiągnięcie pozycji depresyjnej w wieku dorosłym jest jak najbardziej możliwe. Uwaga, ‘możliwe’ nie znaczy ‘łatwe’, ‘proste’, ‘szybkie’.
Głównym narzędziem do osiągnięcia tego celu jest relacja terapeutyczna. Temu służy m.in. rama w psychoterapii ze swoją stałością, przewidywalnością, stabilnością i niezawodnością. Dlatego w psychoterapii psychoanalitycznej rama jest przestrzegana z taką pieczołowitością!
W bezpiecznych granicach wytyczonych przez tę ramę dochodzi do czegoś absolutnie przełomowego: do głębokiego, intymnego (oczywiście w sensie emocjonalnym, a nie seksualnym!) kontaktu z drugim człowiekiem – psychoterapeutą. W tak bliskim kontakcie nieuniknione są czysto ludzkie mikroniedostrojenia – momenty, w których terapeuta na chwilę nie zrozumie, źle zinterpretuje afekt albo okaże się niedoskonały. Ale zaraz po nich następują akty naprawcze, które na nowo uzdrawiają i wzmacniają więź.
Gdy w bezpiecznych warunkach zaliczymy odpowiednio dużo takich cykli – gdy doświadczymy, że potknięcie nie niszczy relacji, a niedoskonałość nie oznacza katastrofy ani odrzucenia – w naszym umyśle dochodzi do cichej rekonfiguracji świata wewnętrznego.
Okazuje się wówczas, że prymitywna obrona w postaci rozszczepienia nie jest nam już tak desperacko potrzebna do przetrwania. Z szumowin na powierzchni wzburzonego morza naszych wewnętrznych przeżyć powoli wyłania się dojrzała zgoda na rzeczywistość – czyli właśnie pozycja depresyjna.
Sztuka polega na tym, by w codziennym życiu nie dać się porwać diabelskiemu młynowi skrajności i mieć w sobie wystarczająco dużo wyrozumiałości dla własnych i cudzych regresji. Bo zdrowie psychiczne to nie stan nieruchomego „wmurowania” w doskonałość, lecz zdolność do akceptowania i... doceniania odcieni szarości. Nikt z nas nie jest idealny – i całe szczęście!
Gabinet
Adres
Office 6F, Regus House, 4 Admiral Way, Sunderland, SR3 3XW
Oraz
Online - Zoom & GoogleMeet
Godziny pracy
Wizyty wyłącznie po wcześniejszym uzgodnieniu e-mailem
